Ten blog nie jest blogiem w ścisłym sensie. Nie piszę tu własnych notek, wyłączona jest też opcja komentarzy. Publikuję tu moje przekłady ciekawych tekstów, nie tłumaczonych wcześniej na język polski. Nie tylko nie zabraniam korzystania z moich tłumaczeń, ale wręcz zachęcam do ich kopiowania w całości lub w fragmentach, cytowania na blogach i forach, linkowania itp.
RSS
poniedziałek, 11 września 2006
Richard Dawkins, ateista (cz. II)
(pierwsza część wywiadu)


Z witryny Szczęśliwi ateiści
A dzisiaj jakie są ciemne strony religii?

    Terroryzm na Bliskim Wschodzie; wojowniczy syjonizm; 11 września 2001 roku; „kłopoty” Irlandii Północnej; ludobójstwo w Jugosławii, które okazuje się „wiarobójstwem”; podkopywanie amerykańskiej edukacji naukowej; dyskryminacja kobiet w Arabii Saudyjskiej, Afganistanie i kościele rzymskokatolickim, który utrzymuje, że nie można zostać księdzem, jeśli się nie ma jąder.

Pięćdziesiąt lat temu filozofowie tacy jak Bertrand Russell uważali, że światopogląd religijny będzie zanikał, w miarę jak nauka i rozum będą umacniać swoją pozycję. Dlaczego tak się nie dzieje?

    Tendencja ku oświeceniu wciąż jest widoczna w Europie, w Wielkiej Brytanii. Nie widać jej w Stanach Zjednoczonych ani w świecie islamskim. Widzimy natomiast dość niecne przymierze rozkwitającej teokracji w USA z jej sojusznikami, teokracjami w świecie muzułmańskim. Toczą oni tę samą bitwę: chrześcijanie po jednej stronie, muzułmanie po drugiej. Pomiędzy nimi utknęło bardzo wielu ludzi w Stanach Zjednoczonych i w Europie, którzy nie uznają takiego światopoglądu.
    Właściwie lepszym określeniem byłoby „święte przymierze”. Bush i Bin Laden są faktycznie po tej samej stronie: po stronie wiary i przemocy, przeciwko rozumowi i dyskusji. Obaj żywią niewzruszoną wiarę, że mają rację, a druga strona to zło. Jeden i drugi wierzy, że kiedy umrze, pójdzie do nieba. Każdy jest przekonany, że kiedy zabije drugiego, to jego droga do raju w przyszłym świecie będzie jeszcze krótsza. Urojony „przyszły świat” to wspólne pragnienie ich obu. Ale bez jednego i drugiego ten świat byłby znacznie lepszym miejscem.

Czy religia przyczynia się do przemocy ze strony islamskich ekstremistów? Chrześcijańskich ekstremistów?

    Oczywiście, że tak. Od kołyski są wychowywani w szacunku dla męczenników i w wierze, że męczeństwo jest szybszą ścieżką do nieba. Wraz z mlekiem matki chłoną nienawiść do heretyków, apostatów i zwolenników konkurencyjnych wierzeń.
    Nie twierdzę, że to właśnie spory doktrynalne motywują poszczególnych bojowników, którzy dokonują morderstw. Chcę natomiast pokazać, że w takich miejscach jak Irandia Północna religia była jedynym wyróżnikiem, który pozwalał ludziom ulegać swoim słabościom poprzez angażowanie się w wojny typu „oni albo my”.
    Jeśli protestant zabija katolika lub katolik morduje protestanta, to nie toczą oni dyskusji o doktrynalnych różnicach w kwestii transsubstancjacji. To co się tam dzieje bardziej przypomina wendettę. Jeden z ich dziadków zabił jednego z naszych dziadków, a więc szukamy rewanżu. „Oni” i „my” to grupy definiowane wyłącznie przez religię. W innych częściach świata mogłyby zostać określone przez kolor skóry lub język, ale w bardzo wielu miejscach na świecie definicji dostarcza religia. Takie jest źródło konfliktów między Chorwatami, Serbami i Bośniakami – wszystko ma związek z religią jako wyróżnikiem.
    Groteskowe masakry w Indiach w czasach podziału tego kraju były wynikiem konfliktu między hinduistami a muzułmanami. Nic prócz religii ich nie różniło, należeli do tej samej rasy. Identyfikowali się jako „my” i „oni” wyłącznie dzięki temu, że niektórzy wyznawali hinduizm, a inni islam. Stąd właśnie bierze się cały problem Kaszmiru. A więc będę bronił poglądu, że religia jest niezwykle silnym wyróżnikiem, wywołującym wrogość. Tak było zawsze i tak jest dzisiaj.

Jak moglibyśmy żyć lepiej bez religii?

    Wszyscy moglibyśmy bez ograniczeń skupić się na jedynym życiu, jakie mamy. Moglibyśmy swobodnie cieszyć się przywilejem – naprawdę szczęśliwym trafem – którym dla każdego z nas jest sam fakt przyjścia na świat. Astronomiczna, przytłaczająca większość ludzi, którzy mogliby się urodzić, nigdy się nie rodzi. Należymy do niewielkiej mniejszości, która pojawiła się na świecie. Cieszmy się, że żyjemy i porzućmy nasze próżne i aroganckie pragnienie drugiego życia. Świat byłby lepszy, gdybyśmy wszyscy mieli to pozytywne podejście do życia. Byłby również lepszy, gdyby moralność koncentrowała się wokół czynienia dobra innym ludziom i powstrzymywania się od czynienia im krzywdy, a nie wokół chorobliwej, religijnej obsesji osobistego grzechu i zgubnych skutków przyjemności seksualnych

Czy nasze środowisko naturalne ponosi jakieś koszty religijnych światopoglądów?

    Z wielu religijnych punktów widzenia ochrona świata jest tak samo ważna, jak ważna jest dla naukowców. Ale są pewne religie, dla których ta kwestia nie jest istotna. Ludzie wyznający te apokaliptyczne religie wierzą, że skoro przeczytali parę głupawych proroctw w Księdze Apokalipsy, to w niedalekiej przyszłości nastąpi koniec świata. Ludzie, którzy w to wierzą, mówią: „Nie musimy zawracać sobie głowy ochroną lasów lub czegoś innego, bo koniec świata i tak nadejdzie”. Kilkadziesiąt lat temu można było po prostu zareagować śmiechem na coś takiego. Ale dzisiaj nie możemy się śmiać. Ci ludzie mają władzę.

W przeciwieństwie do innych relacji o ewolucji życia, „The Ancestor’s Tale” zaczyna się w teraźniejszości i cofa w przeszłość. Dlaczego zdecydował się pan opowiedzieć tę historię od końca?

    Najważniejszy powód jest taki, że jeśli opowiadamy historię ewolucji od początku i kończymy ją na człowieku – a tak to się zwykle robi, bo ludzie są zainteresowani sami sobą – wtedy powstaje wrażenie, że cała ewolucja zmierza jakoś ku człowieczeństwu, co oczywiście nie jest prawdą. Może ona zmierzać gdziekolwiek, ku kangurom, motylom czy żabom. Wszyscy jesteśmy, w tej konkretnej chwili, punktami kulminacyjnymi ewolucji.
    Ale jeśli będziemy się cofać w przeszłość, to nie ma znaczenia, w którym punkcie tego ogromnego drzewa życia rozpoczniemy naszą podróż. I to był główny powód, dla którego tak właśnie skonstruowałem moją książkę. W ten sposób zyskałem naturalny cel – początek życia – bez względu na to, z jakiego miejsca startuję. A więc miałem prawo rozpocząć od ludzi, skoro ludzie budzą powszechne zainteresowanie.
    Ludzie lubią badać swój rodowód. Jednym z najpopularniejszych typów stron internetowych, po tych o seksie, są strony o historii rodzin. Kiedy ludzie w ten sposób śledzą swoją genealogię, zazwyczaj cofają się kilkaset lat wstecz. Ja postanowiłem cofnąć się cztery miliardy lat.
    Pomysł cofania się ku konkretnemu celowi kojarzy mi się z pojęciem pielgrzymki jako środka literackiego. Dlatego – bardzo luźno – ukształtowałem moją książkę na wzór „Opowieści kanterberyjskich” Chaucera, gdzie grupa pielgrzymów wyrusza, aby odkryć naszych przodków. Stopniowo dołączają do nas kolejni pielgrzymi – szympans po 5 milionach lat, następnie goryl, później orangutan. Jeśli zaczniemy od ludzi, znajdziemy w przeszłości tylko 39 takich punktów spotkań. To dość zaskakujący fakt. W punkcie trzydziestym dziewiątym spotykamy bakterie.

Myśl, że ewolucja może być przypadkowa, najwyraźniej przeraża ludzi. Czy ewolucja jest przypadkowa?

    To spektakularne nieporozumienie. Gdyby ewolucja był przypadkowa, wówczas w żadnym wypadku nie mogłaby stworzyć tak fantastycznie skomplikowanych i eleganckich form, jakie widzimy wokół nas. Ważną siłą, która kieruje ewolucją jest naturalna selekcja. Jest ona tak bardzo nieprzypadkowa, jak tylko możemy sobie wyobrazić. Nie może zadziałać, dopóki nie pojawi się jakaś odmienna forma, która może stać się przedmiotem jej działania. A źródłem odmiennych form są mutacje. Mutacja jest przypadkowa tylko w tym sensie, że nikt ją nie kieruje ku jakiejś poprawie. To naturalna selekcja kieruje ewolucję ku poprawie. Natomiast mutacja to kwestia przypadku.
    Pomysł, że sama ewolucja jest procesem przypadkowym to zdumiewająca parodia. Ciekaw jestem, czy ktoś złośliwie ją wymyślił, czy ludzie szczerze wierzą w takie gigantyczne niedorzeczności. Oczywiście, że ewolucja nie jest przypadkowa. Kieruje nią naturalna selekcja, która jest siłą zdecydowanie nieprzypadkową.

Czy intelektualne przedsięwzięcie, jakim jest badanie życia na Ziemi, ma swój emocjonalny wymiar?

    Tak, zdecydowanie to czuję. Kiedy spotykam naukowca, który nazywa siebie religijnym, często mam wrażenie, że właśnie o to mu chodzi. Często widzę, że te osoby nie wiążą niczego nadprzyrodzonego ze słowem „religijny”. Wyraźnie chodzi im o rodzaj emocjonalnej odpowiedzi na naturalną rzeczywistość – dokładnie tak, jak pan to ujął. Bardzo mocno odczuwał to Einstein. Niestety, użył słowa „Bóg”, żeby to opisać, co doprowadziło do wielu nieporozumień. Ale Einstein miał w sobie to uczucie. Ja też je mam i można je znaleźć w dziełach wielu naukowców. To coś w rodzaju uczucia quasi-religijnego. Są tacy, którzy chcą je nazywać uczuciem religijnym i złoszczą się, kiedy naukowiec nazywa siebie ateistą. Myślą w ten sposób: „skoro doznajesz takich transcendentalnych uczuć, to nie możesz być ateistą”. To po prostu nieporozumienie językowe.

Niektórzy naukowcy mówią, że usunięcie religii lub Boga z ich życia pozbawiłoby życie znaczenia. Mówią, że Bóg nadaje sens ich życiu.

    W książce „Rozplatanie tęczy” zdecydowanie kwestionuję pogląd, że materialistyczny, mechanicystyczny, naturalistyczny światopogląd odbiera życiu znaczenie. Przeciwnie, naukowy światopogląd jest poetycki, niemal transcendentalny. Mamy niezwykłe szczęście, że przyszliśmy na świat i możemy przeżyć kilkadziesiąt lat – zanim umrzemy na zawsze – i w tym czasie możemy spróbować zrozumieć i docenić wszechświat, a także cieszyć się nim. A ci z nas, którzy mają tyle szczęścia, że żyją właśnie dzisiaj, są w jeszcze lepszej sytuacji niż ludzie żyjący w dawniejszych epokach. Zbieramy owoce wielu stuleci badań naukowych. Nie musimy być szczególnie utalentowani, żeby cieszyć się przywilejem wiedzy, która znacznie wykracza poza wiedzę minionych epok. Arystoteles zaniemówiłby ze zdumienia, słysząc rzeczy, o których wie dzisiaj każde dziecko. A więc stulecie, w którym żyjemy, jest w pewnym sensie uprzywilejowane. I to nadaje sens memu życiu. A fakt, że moje życie kiedyś się skończy – i jest to jedyne życie jakie mam – sprawia, że jeszcze chętniej wstaję każdego ranka i zabieram się do pracy, żeby lepiej zrozumieć świat, w którym jakże szczęśliwie się urodziłem.

Ludzie być może nie są wytworami inteligentnego projektanta, ale genetyczna technologia może sprawić, że będą nimi nasi potomkowie. Jak w tym kontekście wygląda przyszłość ewolucji?

    To ciekawa myśl, że w jakichś odległych czasach w przyszłości ludzie mogą traktować XX i XXI wiek jako cezurę w ewolucji – czas, kiedy ewolucja przestała być siłą niekierowaną przez nikogo, a zaczęła być siłą zaprojektowaną. Już teraz, jeśli spojrzymy na kilka minionych stuleci, może tysiącleci, to widzimy, że hodowcy w pewnym sensie projektowali ewolucję zwierząt hodowlanych, takich jak świnie, krowy, kury. Ten proces się nasila, a my stajemy się coraz sprawniejsi technologicznie, manipulując nie tylko selekcją jako częścią ewolucji, lecz również mutacjami. To wielka różnica, bo jedną z zasadniczych cech biologicznej ewolucji do dnia dzisiejszego jest to, że nie można jej przewidzieć.
    Generalnie ewolucja jest ślepym procesem. Dlatego zatytułowałem jedną z moich książek „Ślepy zegarmistrz”. Ewolucja nie patrzy w przyszłość. Nie decyduje, co wydarzy się dzisiaj na podstawie tego, co ma się wydarzyć w przyszłości – a ludzkie projektowania niewątpliwie przebiega w ten sposób. Ale dzisiaj możemy wyhodować nowy gatunek świni lub kury o konkretnych cechach. Możemy nawet pogodzić się z tym, że na pewnym etapie hodowli nasza świnia nie ma tych cech, o które nam chodzi – umięśnione łopatki czy coś innego – jeśli wiemy, że w dłuższej perspektywie osiągniemy nasz cel. Coś takiego nigdy nie zdarza się w naturalnej ewolucji. Nikt nie mówi: „przejściowo może być gorzej, żeby w końcu było lepiej; teraz zejdźmy w dolinę, żeby wspiąć się na górę po przeciwnej stronie”. Tak, niewykluczone, że żyjemy w czasach, kiedy ewolucja nagle staje się inteligentnym projektem.


Od tłumacza                    
Polecam rozdział z książki Richarda Dawkinsa „Rozplatanie tęczy” pt. Omamieni przez bajkową wyobraźnię.


19:16, ateizm
Link
 
1 , 2 , 3
POPIERAM

Szczęśliwi ateiści - pozytywny ateizm